Thursday, June 4, 2009

"Jadąc do Babadag" Andrzej Stasiuk


Chyba żadnej książki w życiu tak długo nie męczyłam. Czytałam ją zwykle do snu i jak w zegarku po 2-3 przeczytanych stronach wpadałam błogo w objęcia Morfeusza. Ale w tym wypadku to jest chyba komplement. "Jadąc do Babadag" ma na celu usypiać (tak mi się przynajmniej wydaje), bo senna jest atmosfera dróg i bezdroży, wsi i miasteczek południowo-wschodniej Europy, o której pisze Stasiuk.

To właściwie studium na zgliszczach Austro-Węgier. Niby już minęło prawie sto lat, jak cesarstwo Habsburgów się rozpadło, a ciągle jeszcze na tych terenach unosi się jakiś jego duch, który omamia ludzi, wciąga ich w swoją pajęczynę bezczynności, bezkresu i beznadziei. To jest świat sam w sobie, samosię napędzający do przedziwnego trwania w komie historii i polityki.

Książka ma swój urok, choć podejście do podróżowania autor ma turpistyczno-letargiczne, że tak się wyrażę. Ja chyba jeszcze do tego poziomu nie dorosłam i nie wiem czy to kiedykolwiek nastąpi. ;) Dopiero wklejając tu zdjęcie zauważyłam, że "Jadąc do Babadag" dostało nagrodę Nike.

Monday, May 4, 2009

"The meaning of it all" Richard P. Feynman


Seria trzech wykładów słynnego fizyka i noblisty Richarda Feynmana. Dużo o nauce, trochę o religii i polityce. Nie da się oczywiście ukryć, że najciekawsze są poglądy autora na temat nauk ścisłych, trudno się zresztą temu dziwić. Sam zresztą twierdzi , że nie mówi nic ponad to, co było już wiadome XVIII-wiecznym filozofom. Motorem nauki jest wątpliwość, a jej immanentną cechą ciągła niepewność. To co uważamy za prawdę to jedynie najlepsze aktualnie wytłumaczenie rzeczywistości.

Te trzy wykłady są trochę nierówne. Odnosi się wrażenie, że zwłaszcza ostatni jest nieco niespójny. Autor skacze po tematach - mówi o konflikcie religii i nauki, etycznej obojętności nauki, aby za chwilę przeskoczyć do politki, naukowych metod oceny zabobonów, zjawisk nadprzyrodzonych itp. Trudno tu znaleźć jakąś myśl przewodnią.

Saturday, May 2, 2009

"Dolina nicości" Bronisław Wildstein


Jeżeli taki jest rzeczywiście świat współczesnych mediów i dziennikarstwa to szczerze współczuję wszystkim, którzy sobie wybrali to zajęcie. Jak pewnie wszyscy w Polsce wiedzą, lepiej niż ja tutaj na obczyźnie, jest to powieść z kluczem.

Przyznam, że historyczne realia - czyli sprawa "Trzech kumpli" na kanwie, których książka powstała, w swoim czasie ogromnie mnie poruszyły. Do dzisiaj, gdy myślę o Ketmanie, to nie chce mi się wierzyć, jak można było być tak podłym. Robi on wręcz wrażenie, jakiejś fikcyjnej postaci literackiej czy filmowej, u której celowo przejaskrawiono negatywne cechy charakteru. To taka podłość do potęgi, zakłamanie chyba tak głębokie, że aż wrasta w kogoś i spaja się z jego osobowością immanentnie. Bo jak nazwać inaczej oszukiwanie przez dziesiątki lat swoich najbliższych przyjaciół? Że już z litości nie chciałam wspominać o tym, że jego donosy przyczyniły się do śmierci człowieka, też zresztą mu niezwykle bliskiego... Zło tak patologiczne, że chciałoby się je podciągnąć pod jakąś jednostkę chorobową czy chociaż socjopatię.

Ale nie ma tak lekko - trzeba przyjąć do wiadomości, że tacy ludzie pałętają się po naszej rzeczywistości. Nie może być tylko przyzwolenia na ich udział w życiu publicznym, czy jeszcze gorzej - zgody na manipulowanie opinii publicznej sprytnymi trikami . Proszę zwrócić uwagę, że ja piszę o tym, że większym złem jest trwanie w oszustwie niż samo oszustwo. W sumie to zupełnie zgodne z chrześcijańską moralnością. Każdy ksiądz w konfesjonale nam powie, że bez przyznania się do winy nie może być mowy o jakimkolwiek odpuszczeniu grzechu. Bardzo mi ten wpis dzisiaj moralizatorsko wyszedł.

Ta powyższa sprawa to w zasadzie poboczny wątek "Doliny nicości". Głównym problemem poruszanym przez Wildsteina jest intelektualny lincz jakiemu jest poddawany w swoim środowisku człowiek usiłujący dociekać prawdy. Jak łatwo zręcznymi kuglarskimi sztuczkami manipulować rzeczywistością i relatywizować fakty. A prawda ? Wystarczy tylko w złym świetle przedstawić jej poszukiwaczy, ośmieszyć ich .... i już veritas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie dla otumanionych tłumów.

Tuesday, April 28, 2009

"Apricots on the Nile" Colette Rossant


Mam bardzo ambiwalentny stosunek do większości książek, oscylujących wokół jakiejś fabuły okraszonej przepisami kulinarnymi. W tym zestawieniu z reguły mocno niedomaga fabuła. Wiem, że wiele osób je uwielbia, więc pewnie się narażę obrazoburczym stwierdzeniem, że nie zachwyciła mnie ani "Zupa z granatów" (choć przepisy mogą być tu warte grzechu), a już tym bardziej "Nie samym chlebem". Ta ostatnia, jak na mój gust, ociera się wręcz o Harlekina.

Ja jestem jakoś niezwykle wyczulona i od razu wykrywam, fałszywie dla mnie brzmiące, sielankowe nuty w okołokulinarnej prozie. Możliwe, że tylko ja to tak odbieram (czego się można zresztą spodziewać po wielbicielce literatury batalistycznej ;) ), ale szalenie mnie drażni taka romantyczno-zwiewna poza, gdy przy okazji niedomaga logika, proste zasady psychologii postaci, a akcja (jesli w ogóle istnieje) mocno kuleje. Widać w mojej estetyce nie ma miejsca na wydumane sentymenty i eteryczne zwiewności ....

Ale do rzeczy - niewielka książka "Apricots on the Nile" jest przeciwieństwem wszystkiego o czym napisałam powyżej. Są to urocze, napisane zupełnie bez zadęcia, czasem nawet z kroplą goryczy, wspomnienia z dzieciństwa w bogatym mieszczańskim domu żydowsko-egipskich dziadków autorki. Czas akcji to lata 40-dzieste XX wieku, a miejsce - Kair i jego okolice. Colette Rossant ma lekkie pióro i z łatwością jej przychodzi oddanie atmosfery, w jakiej przyszło jej spędzić szczenięce lata. Zadziwiające, że ona pisze o zwykłym życiu - o codziennej rutynie, zakupach z babcią na bazarze, przyjęciach, podwieczorkach, szkole z internatem, wakacjach, sprzedawanych na ulicy preclach, a czyta się o tym z wielka przyjemnością.

Ja długo się wstrzymywałam z kupnem tej pozycji, ze względu na pewną recenzję w Amazonie zarzucającą autorce, że Kair z jej wspomnień nigdy nie istniał i że te jej memuary są sprzeczne z ówczeną rzeczywistością. Cóż, pewnie prawie każdy z nas idealizuje swoje dzieciństwo, z drugiej strony niewielu miało okazję doświadczyć codziennego życia w domu przedwojennych właścicieli szykownego domu towarowego. Co ciekawe, w książce o której niedawno pisałam "Ostatni mazur" Andrew Tarnowski opisuje w bardzo podobnym tonie życie polskich arystokratów, których los rzucił w tym samym czasie do Egiptu. Też były tam angielskie kluby, przyjęcia, kwitnące życie towarzyskie, eleganckie wille i tylko czasami padał na to wszystko cień wojny.

Pani Rossant pisze sporo o jedzeniu, ale jest to bardzo nienachalne, mimo że to dla niej istotny temat, a w książce, jak na jej objętość, jest całkiem sporo przepisów. Przy okazji zauważyłam, że pozycji o egipskiej kuchni jest na rynku jak na lekarstwo, ciekawe dlaczego ? W końcu chyba równie ona ciekawa jak np. libańska czy marokańska? O tych ostatnich książek jest wprost zatrzęsienie...

Monday, April 20, 2009

"Malazańska księga poległych" druga cześć tomu 7 "Wicher śmierci - Ekspedycja" Steven Erikson


Wreszcie doczytałam sobie kolejną książkę z cyklu "Malazańska księga poległych". Nie wygląda mi na ostatnią, z czego się cieszę, bo bohaterów i ich niezwykłe perypetie darzę sporą sympatią. Stara gwardia się co prawda trochę wykrusza, ale zawsze pojawiają się jacyś nowi, równie oryginalni bohaterowie. Autor jakoś zawsze robi mi też niemiłego psikusa i często gęsto uśmierca bohatera, z którym wiążę największe nadzieje i sympatie. Miałam zresztą tym razem trochę trudności z przypomnieniem sobie niektórych szczegółów wielowątkowej fabuły, bo zrobiłam sobie sporą przerwę między kolejnymi tomami.

O stylu i narracji Eriksona pisałam już tutaj i jeszcze tu, a w tomie "Ekspedycja " nie uległa ona większym zmianom. Tylko tłumacz się jakoś szczęśliwie tym razem opanował z "urękawicznionymi dłońmi", a może bohaterowie przestali nosić rękawiczki... ;)

Friday, April 10, 2009

"Vanilla beans and brodo" Isabela Dusi

Ostatnio czytam powoli, co jest dość dziwne. A może trafiam na takie ciągnące się w nieskończoność książki....

"Vanilla beans and brodo" kupiłam jeszcze przed wyjazdem do Toskanii. Książka tematycznie powiela utarty schemat. Rozczarowane i znudzone swoim życiem małżeństwo postanawia zacząć wszystko od nowa w pięknym zakątku świata. Bohaterowie to: dwoje Australijczyków (w tym on włoskiego pochodzenia) oraz Toskania ( a w zasadzie Montalcino i jego najbliższe okolice) i jej mieszkańcy.

Muszę przyznać, że początkowo książka znudziła mnie niemiłosiernie. Przed wyjazdem do Toskanii przebrnęłam chyba tylko przez dwa rozdziały. Nie do zniesienia są opisy miasteczka, które zamiast jakichś wartości literackich niosą ze sobą listę ulic i zakątków, skąd innąd niewątpliwie uroczego, Montalcino. Drugie podejście zrobiłam po powrocie i wtedy było znacznie lepiej. Widziałam część rzeczy, o których wspomina autorka i to mi znacznie ułatwiło odbiór. Problem w tym, że Isabela Dusi nie ma daru malowania obrazów słowami i to mocno zniechęca (a może ja mam za mało wyobraźni ?).

Wielką zaletą "Vanilla beans and brodo" jest natomiast spojrzenie na zewnątrz siebie, a nie introspekcja. Isabela Dusi pisze dużo o mieszkańcach Montalcino, ich historii, obyczajach, zamiast (jak robi wielu innych autorów piszących na takie tematy), analizować siebie na tle nowej rzeczywistości. To niewątpliwy plus książki. Podsumowując - dla wybitnie zagorzałych, wręcz maniakalnych wielbicieli Toskanii, oni zniosą nawet słabości tego tomiku. ;)

Tuesday, March 3, 2009

"A Year in the Merde" Stephen Clarke



Wydawałoby się - cóż może być bardziej klasycznie komediowego niż perypetie Anglika rzuconego na paryski bruk. Kolokwialny tytuł lekko mnie odstręczał, ale w końcu zabrałam się do lektury książki o Francji widzianej oczami obcokrajowca. Dodajmy, że z gruntu negatywnie nastawionego obcokrajowca.

Miejscami jest to rzeczywiście zabawnie napisane i nie można się powstrzymać od chichotania, zwłaszcza gdy się miewało podobne perypetie. Ale nie można się oprzeć wrażeniu, że główny bohater wnioskuje o całej populacji na podstawie swoich negatywnych doświadczeń z pojedynczymi ludźmi. Cóż, to w końcu bardzo ludzkie, choć zupełnie nie imające się rzeczywistości. Mogę coś na ten temat powiedzieć obserwując samą siebie i emigracyjne środowisko, w którym się nieraz obracam.

Rozbrajająco idiotyczne jest wytykanie Francuzom na każdym kroku fatalnej angielskiej wymowy. Jeden, dwa przykłady mogą bawić, ale ich dziesiątki świadczą o jakiejś obsesji. Chciałoby się rzec "Przyganiał kocioł garnkowi". Dodam jeszcze, że główny bohater nie jest turystą. On pracuje w Paryżu, we francuskiej firmie, a jednak najwyraźniej chciałby, żeby porozumiewano się z nim w stolicy Francji angielskim z oksfordzkim akcentem.

Głębokich socjologicznych obserwacji nie można się oczywiście po tej książce spodziewać, choć nieraz autor dość bystrze obserwuje otaczającą go rzeczywistość i z humorem nam ją prezentuje.
Podsumowując książka trochę w stylu serii "Xenophobe guide to ... " (zawsze zamierzam sobie kupić tą o Polakach), choć w bardziej subiektywnym wydaniu.